Kurs szycia od kuchni

Tak jest, w końcu – czytaj , po trzech latach własnej, amatorskiej, domowej, ukochanej nauki szycia znalazłam się na prawdziwym z krwi i kości ( lub jak kto woli z igły i maszyny ) kursie szycia. Nie znalazłabym się tam, gdyby nie Małżonek mój drogi, który raczył w okresie przedwigilijnym posłuchać mych subtelnych prezentowych sugestii. I chwała mu za to, że tak dobrze słucha ! 😀

Kurs szycia, z czym to się je

No dobrze, zadajecie sobie zapewne podobne pytanie jakie zadawałam sobie ja, jak tylko po raz pierwszy o tym kursie pomyślałam. Po co w ogóle komuś, kto już od 3 lat szyje kurs szycia?  Dumałam chwilę, czy ja naprawdę go potrzebuję, czy jest sens wydawać tyle groszy za 3 dniowy kurs. W końcu uszyłam już w swojej ” karierze” wiele sukienek, bluzek, płaszczy ( no dobra- tu może nie tak wiele, bo jedynie szt.2 ) , ostatnio nawet pokusiłam się o proste portki. Szyłam torby , torebki i saszetki. Śpiworki, zasłonki i kołderki. W tych tematach czuję się dość biegle. Ale ciekawość zwyciężyła – jak taki kurs właściwie wygląda. Czego mogę się po nim spodziewać.  Jak wygląda w rzeczywistości ten cały park maszyn, manekinów i stołów do krojenia? Pomyślałam – nie dowiem się , nim sama się tam po prostu nie pojawię.

Poziom zaawansowany

Wymyśliłam sobie, że skoro już odrobinę sobie hobbystycznie szyję, to skuszę się na najwyższy, zaawansowany poziom takiego kursu.” Szycie płaszczy i żakietów” – dumnie brzmiał.  Wybrałam sobie taki krój żakietu, jakiego jeszcze po prostu nie szyłam, a z którego uszycia na kursie mogłabym najwięcej wyciągnąć. Padło na klasyczny rewersowy kołnierz, z którym nie  miałam dotychczas styczności. Dłuższa tweedowa marynarka w lekko angielskim stylu. Koniecznie z łatami na łokciach i kieszeniami z dwiema wypustkami. Pięknie taliowana i idealnie dopasowana. Wełenka zdekatyzowana, podszewka również , ja pełna gotowości – zaczynamy!

Czas start

Po przekroczeniu progu pracowni Basi Olejniczak w Szczecinie byłam w siódmym niebie. Miejsce, gdzie jest wystarczająco przestrzeni na szycie, krojenie i pogaduchy przy kawie. Tyle przestrzeni na maszyny i overlocki ! Do dyspozycji żelazko jakiego nie widziałam dotąd – z klimatyzatorem od spodu- prasujesz ubranie a tu deska chłodna ! Taki bajer! Szyciowe przydasie posegregowane w kartonach. Piękne manekiny stojące na baczność oczekujące pierwszych przymiarek. No raj po prostu. A że pracownia znajduje się na poddaszu kamienicy, to- sami rozumiecie – to miejsce zdecydowanie bliższe niebu niż inne 😀 Atmosfera przemiła, sama instruktorka – kompetentna i życzliwa.

Choć muszę Wam powiedzieć, że moja opinia w kwestii samego szycia może być nieco inna jeśli porównać ją z perspektywą osoby stawiającej pierwsze kroki w szyciu. Ja już sporo wiedziałam o technikach szycia. Matka Burda wydała mnie na świat solidnie wychowując. Liczyłam, że na tym kursie dowiem się kilku fajnych, użytecznych trików usprawniających szycie. I tak też się stało :  warto szpilkować arkusz z wykrojem do półpergaminu podczas kalkowania wykroju ( zawsze używałam obciążników) . Nauczyłam się jak wykonać rewersowy kołnierz ( choć w tym przypadku nie ma co – praktyka czyni mistrza ! ) , gdzie podklejać płaszcze, jak pięknie wszyć wypustkę a także jak się poprawnie pomierzyć i jak wykorzystywać tę wiedzę tuż przed skrojeniem materiału. Przełamałam również swój strach w szyciu  „po szpilkach” 😉 ( zawsze je wyciągałam przed dojeżdżaniem do stopki ! ).  Ale najbardziej cieszę się z tego, że nabyłam śmiałości w modelowaniu gotowych wykrojów. Tu przeciąć, tu przedłużyć, tu pogłębić a tam przenieść zaszewki – ciągle szpilkować/ fastrygować – mierzyć i odważnie dokonywać zmian. Zawsze jakoś bardzo kurczowo trzymałam się gotowych wykrojów, lekko je modyfikując, a kurs otworzył mi oczy, że tak naprawdę mając bazową formę – mogę osiągnąć każdy wymarzony efekt!

Jak już pisałam – osoba raczkująca w szyciu zapewne bardzo dużo wyniesie z takiego kursu. Dla kogoś takiego każdy krok będzie nowym i godnym zapamiętania. Koleżanki z kursu szyjące sukienki były na poziomie podstawowym i uważam, że miały ogrom wiedzy do przyswojenia. Jednakże radziły sobie świetnie- każda z nich ukończyła kurs z co najmniej jedną uszytą przez siebie sukienką i głodne były kolejnych własnoręcznie uszytych ubrań. Dla kogoś mającego już natomiast jakąś wprawę w szyciu – taki kurs to głównie szlifowanie technik, czytanie między wierszami (jakby tu sobie usprawnić/ ułatwić/ przyspieszyć – to ostatnie to jest z lekkim przymrużeniem oka- no szycie wymaga cierpliwości po prostu 😉 ) oraz spojrzenie na własne szycie z innej perspektywy, z perspektywy doświadczonej instruktorki, która na szyciu zęby zjadła.

Jeszcze tylko dopowiem, że kurs szycia na który się wybrałam skumulowany był w trzech dniach ( 26 godzin) i nie wiem czy Was to zaskoczy, lecz mnie zaskoczyło bardzo – ile czasu zajmuje przygotowanie samego wykroju takiego żakietu, ile wykrojenie elementów z tkaniny wierzchniej, spodniej . Następnie podklejanie tych wszystkich części klejonką. Rany! Ja dopiero w połowie kursu zasiadłam do maszyny ! Czyli w drugim dniu ! Samo szycie żakietu to pikuś przy tym całym tańcowaniu na zmianę to z nożyczkami to z żelazkiem 🙂 Serio ! Mój żakiet co prawda składa się z …. ( teraz liczę) 31  elementów i była to rzecz prawdopodobnie najtrudniejsza do uszycia w mym dorobku, ale takiego ogromu pracy jakiego w niego włożyłam – nie mogłam przewidzieć. Tym bardziej szczęśliwa jestem z efektu jaki osiągnęłam. Mam w swojej szafie nowiuteńki, pachnący maszyną i nitką żakiet – idealnie skrojony i perfekcyjnie odszyty. Ja już go uwielbiam i wyczekuję pierwszych promyków wiosny by go na siebie jako odzienie wierzchnie zarzucić. Nie dodaję tutaj zdjęć finalnych, gdyż na kursie nie udało mi się w 100% go ukończyć. Zostały mi jeszcze do dokończenia w domu kieszenie, część podwinięć i guziki. Ale pokażę Wam go w kolejnym wpisie. Będzie wersja ” na modelce” , obiecuję ! 🙂

 

Mam nadzieję, że udało mi się oddać klimat kursu, w którym uczestniczyłam. Obiecałam Wam go zrelacjonować i zrobiłam to z czystą przyjemnością. Wiem, że wiele z Was nie miało możliwości wzięcia udziału w tego typu kursie i same zastanawiacie się, jak to w ogóle od wewnątrz wygląda. Miałam podobnie 🙂 Teraz z chęcią dzielę się z Wami moimi wrażeniami i z przyjemnością powrócę myślami do tych chwil zerkając w przyszłości na ten właśnie wpis 🙂 Dajcie znać w komentarzach czy uczestniczyłyście już kiedyś w podobnych kursach i jakie są Wasze wrażenia.

Pozdrawiam Was ciepło,

Natalia

 

 

Przeczytaj także :

  • Czasem człowiek myśli, że już trochę w życiu uszył to wie wszystko, a tu za każdym razem okazuje się, że coś można zrobić lepiej, szybciej, łatwiej. Fajnie, że postanowiłaś zobaczyć, jak to jest na takim kursie bo to też dobry sposób na takie sprawdzenie siebie, gdzie jesteśmy i co jeszcze możemy ulepszyć lub poznać jakiś trik, który diametralnie usprawni pracę. Co materiał to inne właściwości, inne techniki szycia, inne wymagania. Każda część garderoby ma inne „wymagania” i materiał, który np.. nadaje się na bluzkę, w przypadku spodni już nie zda egzaminu. Poza tym można też podejrzeć jak robią to inni… 😉 Ja na przykład szyję trudne rzeczy, ale zajmuje mi to duuuuużo czasu. Nauczyłam się już wszystko przypinać szpilkami i fastrygować (wcześniej mi się nie chciało) bo wizja prucia i robienia wszystkiego od nowa oznaczała robienie wszystkiego x razy dłużej… Ale czasem się zastanawiam, ile czasu zajęłoby to wytrawnej krawcowej, która na szyciu zęby zjadła… Pewnie mają swoje triki, o których nawet mi się nie śni 😀

    • Zgadzam się z Tobą ! Każdy materiał ma inne właściwości, każdy wykrój inne wymagania – za każdym razem , o ile podejmujemy się czegoś nowego do uszycia mamy nowe wyzwanie 🙂 Z fastrygą i ja się od jakiegoś czasu zaprzyjaźniłam, zdecydowanie – tak jak piszesz zbyt wiele czasu zajmuje później naprawianie tego, co się sknociło.
      p.s. widzę, że prowadzisz od pół roku bloga ! Muszę w wolnej chwili koniecznie się przyjrzeć rzeczom które szyjesz i prezentujesz bo wyglądasz mi na podobną maniaczkę szycia co ja 😀

      • Ano tak 🙂 Choć nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że będę szyć 🙂 No ale człowiek się zmienia, a do szycia chyba po prostu trzeba dojrzeć 😀 Zapraszam w wolnej chwili, choć blog nie jest tylko o szyciu. Na pewno powinnam uzupełnić go i dodać wcześniej uszyte rzeczy 😉

  • Twórcze Wytwory

    Jestem już na finiszu kwalifikacyjnego kursu zawodowego i to była istna magia – zdejmowanie miary, rysowanie konstrukcji, szycie, przymiarki, poprawki, szycie, przymiarki, poprawki 🙂 Do tego nauka szycia różnych detali, materiałoznawstwo, projektowanie, coś pięknego 🙂 Miałam możliwość szyć na przemysłowych maszynach, prasować przemysłowym żelazkiem… To było najlepsze półtora roku w moim życiu i aż żal, że niedługo się kończy!

    • Podziwiam ! Trochę te zazdraszczam 🙂 Delektowanie się takimi detalami w szyciu pod kątem wykfalifikowanych instruktorów to musi być czysta przyjemność. W dodatku poznałaś wszystkie profesjonalne urządzenia – rewelacja ! Na przemysłowej maszynie nie miałam szczęścia poszyć, ale żelazko o którym piszesz to przyznaję – coś pięknego! Po powrocie z kursu do domu płakałam nad swoim ( lidlowskim ) że mi tak słabo zaprasowuje 😉

  • Cześć ,
    Ale Ci zazdroszczę. Niesamowicie to wszystko wygląda. Ale chciałabym wziąć udział w takim kursie.
    Pozdrawiam,
    Kasia

    • Warto, czy dla początkującego amatora, czy dla kogoś już bardziej w szycie wtajemniczonego – warto 🙂 Wiesz… jest kilka okazji w roku kiedy można coś podszepnąć naszym lubym 🙂 Polecam 🙂

      • Cześć,
        Niestety w mojej okolicy nie na blisko kursów (w sumie, to nie ma nic blisko ;D).
        Chwilowo sytuacja życiowa nie pozwala mi na dłuższy wyjazd z domu, ale pewnie prędzej czy później na pewno się wybiorę. 😀
        Pozdrawiam,
        Kasia

  • szyjebokochamipotrafie

    No właśnie, i po takim kursie, dopiero człowiekowi otwierają się oczy. Ja czasami czytam z przerażeniem jak dziewczyny, które dopiero zaczynają szyć rzucają się na płaszcze czy żakiety i piszą, że uszyły go w kilka godzin ??? Ja się pytam jak ??? Samo przygotowanie wszystkich elementów, podklejenie zajmuje mi kilka godzin, później odszycie kieszeni i tym podobnych rzeczy znów trochę czasu, szycie, dopasowanie, odprasowanie wszystkiego… toć to są godziny pracy, ale cóż… jaki pan taki kram. Ja na szycie płaszcza czy żakietu muszę zarezerwować sobie większą ilość czasu, czasami szyję przy kilku podejściach, bo to jest żmudny proces. A co do trików, pewnie jeszcze wszystkich nie poznałam, ale w swoim życiu uszyłam tyle płaszczy a jeszcze więcej żakietów, ze coś tam wiem 😀
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Wiesz Beatko, przypomniały mi się gdy w tej chwili moje dwa płaszcze, które uszyłam na początku nauki szycia. Ależ one mi się podobały ! ( tzn jeden w szczególności ) . Dziś patrzę na nie już dużo bardziej krytycznie, z większą świadomością o swoich niedociągnięciach. Co nie zmienia faktu, że tamte dwa, szyte leciutko” na czuja i bez doświadczenia” mimo wszystko, i tych wszystkich niedoróbek – mnie zwyczajnie w świecie cieszyły !
      Fakt faktem, żakiety, czy płaszcze są faktycznie bardzo czasochłonnym zajęciem, zwłaszcza jeśli szyjemy je po bożemu, zgodnie ze sztuką i nie idąc na skróty . Twoje płaszcze natomiast podziwiam, bo są pięknie odszyte, a z tutoriali chętnie korzystam ! 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Daria Masny

    Mi też się marzy taki kurs… Może kiedyś jak już dzieciaki trochę podrosną to i mi się uda 🙂
    Jestem ogromnie ciekawa Twojego żakietu, czekam na jakieś foty 🙂

    • Marzenia są po to by je spełniać 🙂 Także wiesz … 🙂 Fotki będą, tylko muszę znaleźć chwilę i ociupinę słonka by wyjść w plener i go należycie obfoić 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Taki kurs to na pewno, coś wartościowego, ja niestety mam w szyciu niedociągnięcia..ale jest mi z tym dobrze:) Tak jak pisałaś w odpowiedziach …każda uszyta rzecz cieszy.